+48 781 08 78 08 ik fb @

Aktualności

 

W życiu przychodzą takie momenty kiedy zaczynamy się zastanawiać nad jakością tego, co zbudowaliśmy. O ile przekroczenie 30 roku życia jeszcze nie przeraża tym jak wiele lat za nami, to z pewnością jest momentem, w którym analizujemy czy zmierzamy we właściwą stronę.

 

Zatrzymujemy się i bardziej uważnie patrzymy także na swój organizm. Bohaterką tej historii jest 32-latka z wagą 93,5 kg. Towarzyszył jej duży obrzęk, cholesterol całkowity i trójglicerydy powyżej normy, dość wysokie TSH (2,89) itd. czyli  klasyczna mieszanka jednostek chorobowych przy nadwadze. Przychodząc do mnie borykała się także ze złym samopoczuciem, ospałością, ociężałością, dyskomfortem jelitowym. Odbyłyśmy długą konsultację i zaczęło się wprowadzanie zmian. Oprócz odżywiania się zgodnie z jadłospisem, pacjentka zaczęła także regularnie ćwiczyć. Efekty przyszły niemal natychmiastowo, a po kilku miesiącach na wadze ukazała się wymarzona przez nią liczba czyli 65 kg. Badania pokazały że zły cholesterol (frakcja LDL) się obniżył, dobry (HDL) poszybował w górę, TSH spadło poniżej 2 (1,89). Miejsce nadprogramowych kilogramów zajął uśmiech, tryskająca radość i po prostu zdrowie.

 

Wydaje się proste prawda? Tylko, że wcale takie nie było i zaraz opowiem dlaczego. Pacjentka pochodzi z tradycyjnej rodziny, żyjącej w wielopokoleniowym domu. Wszyscy to zwolennicy tradycyjnej kuchni, wychowani na sosach z zaklepką, schabowym i zasmażanej kapuście. Trudno w takiej konfiguracji odrzucić styl odżywiania, który towarzyszył nam od dzieciństwa i zjadać sałatki, gulasz z chudych mięs i ciemne pieczywo zamiast parówek czy białego chleba . Zrezygnować z panierek czy dolewania gęstej śmietany, a majonez zamieniać na jogurt. Trudno w trakcie rodzinnych imprez odmawiać zjedzenia tortu czy kolejnej porcji sernika. Trudno, ale warto. Ważne wtedy jest przypominanie sobie celu, uświadamianie, że te 30, 40 czy 50 lat złego odżywiania, które doprowadziło nas do nadwagi i chorób już w zupełności wystarczy. Każdy moment jest dobry, aby zacząć o siebie dbać. Im szybciej, tym lepiej.

 

 

 

Wszyscy znamy takie przypadki, kiedy osiągnięcia i podziw otoczenia zupełnie nie idą w parze z tym co sami o sobie myślimy. Taki dysonans wewnętrzny doprawiony nieumiejętnością radzenia sobie w sytuacjach stresowych może prowadzić – i często tak się dzieje - do różnego rodzaju chorób i autoagresji.  

Przedstawię Wam historię dziewczyny, która pomimo wielu sukcesów nie potrafiła żyć w zgodzie z własnym ciałem i duchem, co doprowadziło ją do bulimii. Jest to choroba znana i „oswojona” przez szerokie grono ludzi, ale nadal często niezrozumiała. Nie zawsze chodzi w niej tylko o chęć zmniejszenia masy ciała. Zazwyczaj jest to tylko jedna z wielu przyczyn, albo po prostu punkt zapalny. Ta pacjentka jest półprofesjonalnym sportowcem i ma na swoim koncie kilka znaczących miejsc „na pudle”. W ciągu tygodnia uczestniczy w sześciu-siedmiu intensywnych treningach. Pomimo tak dużego wysiłku fizycznego miała trochę nadprogramowych kilogramów, co potęgowało jej niskie poczucie własnej wartości. Bulimia doprowadziła ją do tego, że całe życie podporządkowała treningom, jedzeniu i wymiotom. Planując kolejny dzień uwzględniała czas na zwracanie ogromnych ilości posiłków, które przyjmowała. Wbrew pozorom nie były to góry zdrowego jedzenia.

W trakcie naszej pierwszej konsultacji opowiedziała mi o sobie, swoich problemach i postanowieniu, że spróbuje zawalczyć o zdrowie. Była już zmęczona kilkuletnią chorobą. Rozumiała, że trwanie w takiej matni doprowadzi w końcu do jeszcze większego wyeksploatowania organizmu. Zaczęłyśmy pracę dokładnie 6 miesięcy temu i po pierwsze ustaliłyśmy plan żywieniowy dostosowany do szaleńczego tempa jej życia. Tym razem zaczęła zjadać zgodnie z planem góry zdrowego jedzenia, dzięki czemu wyciszyły się napady „wilczego głodu”. Było jej o wiele łatwiej kontrolować spożywanie posiłków i epizody kompulsywnego objadania stawały się coraz rzadsze. Właśnie mija trzeci miesiąc bez wymiotów. Oczywiście mówienie o wyjściu z choroby byłoby niepoważne, ale są to już kroki milowe prowadzące do wyzdrowienia. W dodatku zmieniły jej się proporcje ciała z korzyścią dla mięśni, a dodatkowo schudła 5 kg pomimo tego, że jedzenie nie jest zwracane.

To oczywiście nie jest tak, że dieta ją uleczyła. Jednak odpowiednie żywienie pozwoliło na udzielenie jej pomocy fizjologicznej. Okazało się wtedy, że w zdrowszym ciele i duch się pomału uzdrawia. Do całkowitego wyleczenia jeszcze długa droga, ale efekty, jakie udało się wypracować dzięki diecie są bardzo obiecujące. W wielu przypadkach chorobowych odpowiedni sposób odżywiania może efektywnie wspomagać inne formy leczenia oraz osiągnięcie harmonii ciała i ducha. Żyjąc w zgodzie z własnym organizmem możemy tylko wygrać.

Dzisiaj opiszę przypadek, który darzę szczególnym sentymentem z powodu dwóch rzeczy. Pierwsza, to przemiana z pana „piwo, chipsy, kanapa” w „jem świadomie, żyję zdrowo, okazjonalnie uprawiam sport”. Druga, to totalna metamorfoza, którą przeszedł w moich oczach, bo chyba jeszcze nigdy pierwsze wrażenie nie poprowadziło mnie na takie manowce ;). Nie dawałam mu żadnych szans, a wręcz byłam pewna, że nie pojawi się na następnej konsultacji...
Zacznijmy jednak od początku.



Pewnego dnia pan „piwo, chipsy, kanapa” założył się z koleżanką, że w ciągu roku schudnie do 72 kg. Przychodząc do mnie nie miał innych wymagań jak tylko dostosowanie jadłospisu do osiągnięcia tego celu. Nie czuł się szczególnie źle, a zdrowe żywienie było na dalszym planie. Masa ciała według BMI była już sporo powyżej normy, bo przy 178 cm ważył 99,4 kg. Jednak analiza składu ciała pokazała, że dźwiga aż 38,3 kg tłuszczu! Wyluzowany sposób bycia tego pacjenta powodował u mnie przekonanie, że będzie to raczej nasze ostatnie spotkanie. Nie widziałam entuzjazmu, chęci zmiany, a nawet większego zainteresowania dietą. Sam jeszcze nie wiedział, że zakład z koleżanką rozpocznie jego podróż do zdrowego trybu życia.



W trakcie naszych spotkań coraz bardziej zaczęłam dostrzegać jego otwartość na zmiany, gotowość do całkowitej reformy dotychczasowego sposobu żywienia oraz wielką systematyczność i ukierunkowanie na cel. Regularnie jak w zegarku pojawiał się na konsultacjach i z pełnym zaufaniem stosował do wszystkich zaleceń. Był w stanie wprowadzić do jadłospisu mąki razowe i nabiał, czego wcześniej nie znosił, a potem nie tylko tolerował ale wręcz polubił. Pożegnał się z częstym piwem na kanapie i zamienił je na umiarkowaną aktywność fizyczną. To wszystko pozwoliło mu wygrać zakład już po sześciu miesiącach. Ten czas wystarczył także, aby docenił jak zdrowe żywienie potrafi przemeblować cały dotychczasowy tryb życia. Wraz ze szczupłą sylwetką przyszła ochota na uprawianie sportu, która ciągle rośnie. Gdyby zakład z koleżanką się nie zdarzył to tłuszcz przyrastałby w równomiernym tempie i za kilka lat zaczęłyby się klasyczne problemy z nadciśnieniem, cukrzycą, refluksem, wzdęciami i złym samopoczuciem. Na szczęście teraz ten 26-latek idzie, a właściwie biegnie drogą do życia w zdrowiu przez wiele lat.



Czasami przejście na dietę to wielomiesięczny proces, innym razem tylko impuls. Nie ma idealnego sposobu na podjęcie decyzji o zmianie swojego życia, ale idealnym czasem na to jest „dzisiaj”. Nie „po Świętach”, „po Nowym Roku”, „po zimie”, „po niedzieli”. Dzisiaj. Musimy pamiętać o tym, że stratą nie jest dzień bez piwa, serniczka, hot-doga z Orlenu czy schabowego. Prawdziwą krzywdą, jaką sami sobie możemy wyrządzić jest właśnie nie dostarczanie organizmowi potrzebnych do życia substancji. Jeżeli damy swojemu ciału wysokojakościowe „paliwo” to ono odwdzięczy się lepszą sprawnością na każdym polu. Jesteśmy tym co jemy, dosłownie.

 

 

 

Kiedy w naszym życiu pojawia się taki nieproszony gość jak choroba to optyka postrzegania świata zaczyna się zmieniać. Dostrzegamy, że utrata zdrowia i sprawności nie jest domeną osób w wieku emerytalnym tylko może spotkać nas w każdym momencie. Wtedy przeważnie zaczynamy szukać przyczyn takiego stanu rzeczy i wyrzucamy sobie, że nie dość zadbaliśmy o nasz organizm. W takim momencie często składamy sobie obietnice, że kiedy dojdziemy do zdrowia lepiej zaopiekujemy się naszym ciałem.

 

Kobieta, o której napiszę wygrała z rakiem - plagą naszych czasów, o której każdy słyszał, a wielu doświadczyło na sobie lub wśród rodziny i znajomych. Trudna i często bolesna kuracja farmakologiczna wymaga od chorego naprawdę wielu wyrzeczeń, a kosztuje także sporo cierpienia. Jednak wygrana z rakiem daje takiego „kopa” do życia, że każda czynność, nawet wymagająca ogromnego wysiłku wydaje się prosta do zrealizowania.

 

Spotkałyśmy się kiedy walka pacjentki z rakiem już się zakończyła, a rozpoczynała ta o lepsze zdrowie. Terapia, choć skuteczna przyniosła ze sobą takie konsekwencje zdrowotne jak choćby nadwaga czy osłabienie i wyjałowienie organizmu. Wyleczone ciało trzeba było doprowadzić do stanu równowagi. Wprowadziłyśmy nowy jadłospis, a pacjentka od pierwszego dnia zaczęła ćwiczyć. Na początku z wieloma przerwami, bo słaba kondycja fizyczna nie pozwalała na więcej, ale konsekwencja doprowadziła ją do tego, że obecnie bez żadnych problemów może spędzić godzinę na rowerze czy powędrować pieszo w górach. Nowy sposób odżywiania wprowadzony został równie skrupulatnie co wysiłek fizyczny, dlatego spadek wagi był niczym wyjęty z kart książki. Tej tendencji nie zakłócały święta czy długie weekendy. Nigdy nie słyszałam z jej ust wymówek, mimo że jest ponad 50-letnią żoną i mamą, na której spoczywa obowiązek przygotowania posiłków. Rodzina i znajomi dostosowali się do zmian w jej jadłospisie.

 

Często ludzie rezygnują z diety z błahych powodów: „bo mi się nie chce”, „bo inni mogą, a ja nie”, „bo to jest dla mnie za trudne” albo nie podejmują starań o lepszą kondycję, bo czują się „za starzy na takie rzeczy”. Jednak jeżeli ktoś już raz musiał zawalczyć o zdrowie wie, że dbanie o swój organizm powinno być priorytetem. To jedyny organizm, który mamy. Warto traktować go z szacunkiem.

 

 

Wszelkie prawa zastrzeżone / All rights reserved

RealizacjaMabu.pro Film & Design